Wspomnienie o Tomaszu Mackiewiczu. Od heroiny do heroizmu

Pokonał nałóg, ukończył pełną terapię w Monarze, a także odbył autostopową podróż z Polski do Indii, gdzie pomagał trędowatym. Tam nawrócił się na chrześcijaństwo i postanowił rozpocząć przygodę ze wspinaczką. Kim był Tomasz Mackiewicz, polski himalaista, który w styczniu zginął na Nanga Parbat.

 

W sobotę zakończyła się akcja ratunkowa, której celem było ocalenie Tomasza Mackiewicza i Elisabeth Revol. Ratownikom Denisowi Urubko i Adamowi Bieleckiemu po niesamowitym wyścigu z czasem udało się uratować Francuzkę Elisabeth Revol, natomiast Polak został na wysokości ok. 7200 metrów na Nanga Parbat. Warunki atmosferyczne uniemożliwiły kontynuowanie akcji.

Tomasz Mackiewicz przyszedł na świat w miejscowości Działoszyn w 1975 roku. Po zmianie środowiska i przenosinach do Częstochowy uzależnił się od heroiny. Uratowała go 2 letnia terapia w ośrodku Monaru. Wojskowa dyscyplina w ośrodku, regularne uprawianie sportu, codzienna pobudka o 7.00 rano wykształciły w nim charakter. Zrozumiał, że sport jest dla niego szansą na nowe życie. Po ukończeniu 2-letniej terapii był gotów, by zacząć budować swoje życie od nowa. W 2000 r. postanowił, mając jedynie 400 dolarów w kieszeni, wybrać się w autostopową podróż do Indii. Poznał tam polską misjonarkę Helenę Pys.

– To był nasz jedyny kontakt, ale dość długi, bo Tomek spędził u nas ponad 6 miesięcy. Wiedziałam, że ta wyprawa do Indii jest dla niego próbą sił, rehabilitacją samego siebie, wzrastaniem w tym, co dobre – wspomina pobyt polskiego himalaisty Tomka Mackiewicza w ośrodku Jeevodaya dr. Pys. Jeevodaya to środek, który zajmuje się niesieniem pomocy ludziom chorym na trąd.

Pomoc trędowatym 

Pys dodała, że gdy Mackiewicz dostał się do Indii kupił sobie rower. – Wyposażył go odpowiednio, przywiózł do nas i przez cały czas pobytu korzystał z niego. Nie miał czasu na zwiedzanie, ale kiedy jechał po zakupy, czy inne sprawunki, to zawsze na tym rowerze – dodała. Zajmował się tam głównie organizacją zajęć i zabaw dla dzieci. Często wykonywał też dodatkowe prace na terenie ośrodka.

– To nie był czas komórek i internetu, aby zatelefonować zagranicę trzeba było jechać 30 km do miasta. Tomek po prostu z nami był, nabierał sił. W tamtym czasie mówił do mnie: ciociu – wspomina misjonarka.

Nawrócenie 

Pobyt w ośrodku Jeevodaya był dla himalaisty kluczowym momentem w życiu. Nawrócił się tam na katolicyzm.

„Trzydzieści godzin akcji ratunkowej na Nanga Parbat zmieniło historię himalaizmu” – napisała „La Gazzetta dello Sport”, podsumowując heroiczny,…

– Tomek przyjechał do nas w Roku Jubileuszowym 2000. Od początku pobytu codziennie był z nami na Mszy św. i wieczornej modlitwie, jak pozostali wolontariusze. A kiedy odbywały się u nas uroczystości zamykające Jubileusz i okazało się, że wszyscy katolicy z naszego ośrodka idą do spowiedzi, Tomek przybiegł do mnie i powiedział, że też chciałby się wyspowiadać, tyle, że bardzo słabo zna język angielski. Opowiedziałam mu wówczas własną historię o tym, jak uczestnicząc w rekolekcjach w Anglii, kiedy też nie znałam języka, musiałam się wyspowiadać u anglojęzycznego księdza. Tamten kapłan powiedział mi: spowiadasz się Panu Bogu, to nic, że nie znasz języka, wyspowiadasz się po polsku, a ja cię rozgrzeszę po angielsku – dodaje misjonarka.

Naturszczyk walczący z konsumpcjonizmem

Przyszły himalaista radząc sobie z „demonami” swego uzależnienia cały czas pamiętał o tym, że musi na siebie uważać.

– Uzależnienie od heroiny jest prawie równie silnym jak uzależnienie od alkoholu. Ale wyjście z heroiny jest bardzo trudne, ponieważ ściąga w dół. Niewielu osobom się to udaje. Zostaje pustka w środku – powiedział w jednym z wywiadów Tomasz Mackiewicz.

Dodał też, że na początku swojej nowej drogi nie potrzebował wiele pieniędzy na spełnianie swoich marzeń.

– Nigdy nie chciałem korzystać z pomocy sponsorów. Na początku chodziliśmy w góry z własnych środków. To były najpierw Góry św. Eliasza, dopiero potem pojawiły się Himalaje – zaznaczył. Jego pierwsza poważna wyprawa to zdobycie z Markiem Klonowskim Mount Logan, czyli najwyższego szczytu Kanady.

Tegoroczna próba zdobycia szczytu Nanga Parbat była siódmą z rzędu. Zeszłoroczna miała być ostatnią. Z tą samą towarzyszką, z którą w tym roku próbował zdobyć „Nagą Górę”, osiągnął wówczas wysokość 7200 metrów, ale zawrócił ze względu na fatalne warunki pogodowe. Po ostatniej nieudanej próbie postanowił na ten szczyt już nie wracać. Plany uległy jednak zmianie i w tym roku chciał spróbować jeszcze raz.

– Wiem, że w 2016 r. pożegnał się z Nangą i bardzo mi przykro, że nie sam przed sobą nie dotrzymał tego słowa. O tym, że znów się tam wybiera dowiedziałam się, gdy znów zaczął zbierać fundusze. Podejrzewam, że była to sprawa ambicji. Ostatnim razem zrezygnował tuż pod szczytem ze względu na zmieniającą się pogodę. To była trudna decyzja. Wracając, minął się z himalaistą Simone Moro, który rozpoczął atak szczytowy, choć Tomek ostrzegał go, że warunki są trudne. Moro zdobył wówczas szczyt, jako pierwszy w sezonie zimowym, choć Tomek sugerował, że w tak krótkim czasie było to niewykonalne. Przykro mi, że zaryzykował raz jeszcze, ale nie chcę oceniać go źle. Trzeba się modlić, żeby ostatnie chwile życia spędził blisko Boga – powiedziała dr. Helena Pys.

źródło: 
No votes yet.
Please wait...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *